USTROŃSKI COLAGE

Stanisław Kajzer
       Na początku lutego, wieczorem, siedząc z nogą w gipsie przed komputerem zadzwonił Jurek Macura. Stachu, wiesz, w tym roku mija 50 lat od daty powstanie naszego Technikum Mechanicznego w Ustroniu. Planujemy zorganizować spotkanie, może byś popracował w komitecie, napisał jakieś wspomnienie, przyjechał do nas itd. Na przekór sytuacji, myślę czemu nie?. Tym bardziej, że pobyt w Technikum uważam za jeden z najbardziej znaczących okresów w moim życiu. I to wcale nie ze względu na naukę, której postępy były odnotowywane na kolejnych świadectwach, do świadectwa dojrzałości włącznie. Starzejąc się, a raczej dojrzewając, jak mówią pochlebcy, spostrzegam w sobie coraz większą skłonność do refleksji. Dawniej emocje i namiętności będąc porywczymi i burzliwymi najczęściej były niewyrażalne. Obecnie, wyrazić mogę nawet stany nie emocjonalne. Świadczyłoby to o tym, że mogę "dzielić się już refleksjami". Jak to śmiesznie brzmi.
       Szkoła to nie tylko mury, sale wykładowe, warsztaty, pracownie. Zafascynowani dzisiejszą techniką dajemy się ponieść oczarowaniu komputerami, skanerami, symulacjami, multimediami i innymi tego typu bajerami. Dla mnie szkoła to ludzie - trudny do uchwycenia klimat współpracy mistrza z uczniami. Im więcej w szkole indywidualności, autentycznych osobowości z pasją realizujących swoją życiową misję, tym lepiej dla uczniów. Tym więcej wiedzy, a szczególnie mądrości może być zaoferowane do wyboru i analizy. Tym więcej inspiracji do poszukiwania indywidualnej drogi życia. Tym więcej możliwości rozwoju i większa pewność siebie w samodzielnym kształtowaniu i borykaniu się z życiem. Patrząc na to w ten sposób, przeglądam stare zdjęcia i puszczam film pamięci tworząc colag?e z najmocniej przebijających się do świadomości scen i wydarzeń.
    Jak zawsze, najtrudniejsze jest pytanie o początek. Otóż, nie byłbym tym, kim jestem, przynajmniej w sensie zawodowym, gdyby w Ochabach, z których pochodzę nie było kuźni z kultowym, jak mówi młodzież, kowalem, Karolem Stańkiem. To jego ręka uzbrojona w młot, na kowadle w sposób dziecinie prosty - jak mi się wtedy wydawało - kształtowała "miękką jak ciasto", twardą stal. Półmrok starej kuźni, rozświetlanej snopami iskier z paleniska, które czasami obsługiwałem napędzając miechy kowalskie, oraz syk pary powstającej przy chłodzeniu podków, był żywą projekcją opowieści o greckich herosach, w tym o Hefajstosie, bogu ognia i patronie kowali. Oczami wyobraźni brałem udział w wielkich bitwach posługując się ogniem i rozpalonym żelazem, a w chwilach pokoju uczestniczyłem w tworzeniu maszyn i trójnogich automatów pomagających ludziom w życiu. Wtedy, wiejska kuźnia z kowalem, jawiła mi się jako rozumna siła kształtująca naturę. I gdy przyszła chwila podjęcia decyzji jakie technikum, wypadło na ustrońskie. Tym bardziej, że było nas dwóch, Stasiek Tobiczyk i ja.
       Jako uczeń Technikum Mechanicznego w Ustroniu, dzień rozpoczynałem o godz.5.30. O godz. 6.02 autobusem jeździliśmy do Skoczowa, a następnie do Ustronia. W zależności, czy nas autobus zabrał, czy nie, w Ustroniu byliśmy około 7 lub 7.30. Z tarczą na rękawie i z czapką szkolną na głowie, przechodząc koło portierni, w której niepodzielnie rządził woźny, Pan Badura, a który przygarniał do siebie dyżurnych odpowiedzialnych za porządek, wchodziliśmy do budynku. Dyżurni, czasem skrupulatnie, czasem nie zapisywali, kto miał tarczę na szpilkach, czapkę inną niż szkolną, nie miał krawata i marynarki.
       Dla mnie dobry plan lekcji, to był taki, w którym przedmioty najważniejsze, najczęściej trudniejsze od innych były na początku. Niewątpliwie do nich należały lekcje matematyki prowadzone przez Pana Profesora Antoniego. SOSIŃSKIEGO. Mimo że, spokojne, zawierały w sobie specyficzny rodzaj elektryzującego napięcia. Kumulowało się ono i wyładowywało przy omawianiu ocen i prac sprawdzających. I co ciekawe, nie wynikało ono z możliwości uzyskania dwójki. Zaczynało się najczęściej od prac najgorszych, a kończyło na pracy Karola Semika, prawie zawsze bardzo dobrej, lub też zaczynało się od pracy Karola. Charakterystycznym, tkwiącym mi w świadomości do dziś, fundamentalnym stwierdzeniem Profesora, wypowiadanym trudnym, czy wręcz niemożliwym do naśladowania brzmieniem głosu: "Kajzer, Kajzer, coś tam popisał. Weź się za robotę, bo stać cię na więcej". Stwierdzenie to stało się moim credem. Cały czas mam świadomość, że mam się brać za robotę, bo stać mnie na więcej. Na żarty z Profesorem mało kto mógł sobie pozwolić. Co nie świadczy, że na lekcjach nie wybuchały salwy śmiechu. W czasie omawiania zasad budowy i posługiwania się suwakiem logarytmicznym, tenże Karol, zapytał Profesora, czy na suwaku można dodawać. Oczywiście, Pan Profesor zbulwersowany pytaniem, wracał do itoty logarytmów, ale bezskutecznie. Lekko zdenerwowany patrzył, jak Karol przewrócił suwak dołem do góry i ołówkiem sumując dwie cyfry, udowodnił, że można dodawać na suwaku. Myślę, że Pan Profesor był zadowolony z kawału. A procedurę postępowania przy badaniu przebiegu funkcji znam do dziś.
       Niepowtarzalny koloryt miały lekcje z Panem Profesorem Bolesławem KIECONIEM. Obraz Profesora z laską w ręku, stojącego za dużym biurkiem, na którym leżą dwie duże, półmetrowej długości śruby M30, a może i większe. Jedna toczona z pełnego wsadu, druga uzyskana poprzez spęczenie łba. Oczywiście, każdy już wie, że zajęcia były z kuźnictwa. I pytanie: "Kajzer, tóż powiedz mi, jak myślisz, jak my w Polsce produkujemy te śruby? Ja bardziej wczuwając się w przedmiot, niż mając o nim pojęcie, z pewnością siebie odpowiedziałem: "kujemy Panie profesorze, a potem gwintujemy". Ku mojemu zaskoczeniu, Profesor uderza lagą w stół i podniesionym głosem, prawie krzycząc mówi - "źle. Gdyby tak było, to byśmy wszyscy żyli jak pączki w maśle" - tu charakterystycznym gestem dłonią na poziomie nosa, pokazuje, jak byśmy w tym maśle pływali. Dzisiaj huty produkują pręty, nie do końca douczeni technicy (patrząc na nas przez grube szkła groźnym wzrokiem) projektują śruby, dobierając jako wsad pręty, a nie stosują spęczania, zakłady tym samym wytwarzając śruby produkują tony wiórów. W sumie wszyscy pracują, a niewiele z tego jest. I jaki z tego wniosek? A wniosek taki, że "nie ma krajów biednych, są tylko źle, nieudolnie zarządzane". Ze stwierdzeniem tym zgadzam się. Pracując zawodowo, w każdym miejscu akcentuję ważność organizacji i zarządzania. Myślę, iż jego istota jest dla wszystkich oczywista. Do dzisiaj wszyscy chyba pamiętają, że "buc" jest odpadem z operacji dziurowania, i jak ważne jest współpraca pomiędzy konstruktorem, technologiem a wykonawcą. Projektując w ramach pracy końcowej model kowarki, rysując dokumentację, która była podstawą do wykonania w warsztatach szkolnych modelu fizycznego, uczyłem się praktycznej odpowiedzialności za każdą kreskę i wymiar na rysunku. Doznawałem uczucia satysfakcji, gdy to co w głowie i na kalce, nabierało realnych kształtów i wymiarów, a do tego jeszcze działało. No nie zawsze od razu dobrze. Wyniki tak prowadzonej pracy dydaktyczno - wychowawczej dzisiaj widoczne są dla wszystkich zwiedzających Muzeum Kuźnictwa, podziwiających eksponowane tam unikalne modele maszyn kuźniczych.
       Kolejną charakterystyczną osobowością jest Pan Profesor Wilhelm GOGÓŁKA. Prowadzone przez niego zajęcia z tłocznictwa, w tym szczególnie projekty, były tym, co teraz na uczelni nazywamy studiami problemowymi. Przed każdym z nas został postawiony problem, najczęściej przerastający nas na kilka długości, określony termin jego rozwiązania, oraz Pan Profesor, który stawiał się do naszej dyspozycji na każde wezwanie. Oczywiście, najpierw człowiek musiał postawić jakieś sensowne pytanie, i zaprosić go do swojego stanowiska kreślarskiego, przedstawiając wyniki swoich przemyśleń i wątpliwości. Z drugiej strony, Pan Profesor przechadzając się majestatycznie po sali, co jakiś czas przysiadał się przy którymś z nas, i prowadząc rozmowę nad arkuszem, nie zawsze pełnym koncepcji podążał za meandrami naszego rozchwianego myślenia. I wtedy przed oczami jawili mi się wszyscy moi profesorowie. A bo to Kajzer, w złym stopniu uproszczenia narysowałeś śrubę - Pan Profesor Samsonowicz się kłania. A kłaniał mi się, nawet kiedyś na korytarzu, poprzez sławny klucz maszynowy, który z uporem lepszej sprawy rysowałem "n" razy, uzyskując wszystkie oceny od dwójki do piątki, nie mówiąc już o elipsach, ewolwentach i lemniskacie Bernoulli'ego. W dalszym ciągu "rozmowy konstruktorów", do których ja chciałem dołączyć, Profesora dręczyło pytanie o siłę wykrawania, położenie siły wypadkowej na tle czopu tłocznika, wielobok sznurowy. Cały spocony przelatywałem wykłady z Mechaniki Technicznej prowadzone przez Pana Profesora Stanisława KUCA. Układy sił, belki, podpory, wartości, kierunki, zwroty, wektory, skalary, moduły, Cremony i dziesiątki innych pojęć i danych które musiały być w sposób rozumny użyte w obliczeniach sprawdzających. Gdy już suwak był ciepły od obliczeń, a połączenie wydawało się idealnie dobrane, to Profesor patrząc na rysunek, uśmiechając się stawiał pytajnik przy elemencie - dopiero teraz wiem jak do tego dochodził - i mówił, Kajzer, sprawdź to, tu masz błąd. No i oczywiście miał rację. Gatunki stali zastosowane w poszczególnych elementach, warunki obróbki cieplnej, technologiczność wykonania to obszary, w które wprowadzał nas Pan Profesor Ludwik HELLER. Układ żelazo-węgiel, struktury, grzanie i chłodzenie nabierało szczególnego znaczenia, gdy element miał być narzędziem, śrubą, podstawą. Sposób napędu wykrojnika, zasady sterowania jego pracą, ilość skoków na minutę próbowałem zgłębić z Panem Profesorem Ryszardem WEIBRENEREM. To wszystko, i dziesiątki innych rzeczy składało się na specyfikę zajęć projektowych, uczących tego, co dzisiaj, prawie po trzydziestu latach chce wprowadzić w ramach realizowanej reformy oświaty minister HANDKE, myślenia i integracji wiedzy z różnych obszarów, w celu rozwiązania problemu. Rumieniłem się, gdy w obliczeniach, Pan GOGÓŁKA podkreślał nie wzory, wymiary i wyniki obliczeń, tylko błąd ortograficzny.
       Do zgłębiania tego obszaru mojej wiedzy nakłaniał mnie Pan Profesor Rudolf MALIRZ - długoletni nasz wychowawca. Najlepsze wyniki osiągał, prowadząc w sposób mistrzowski dyskusje na temat przeczytanych lektur, poruszanych w nich problemach, różnych punktach widzenia. To on zmuszał mnie do formułowania własnych przemyśleń, zabierania głosu w klasie, obrony swojego stanowiska. Krocząc ścieżką lektur szkolnych poznawałem dylematy władzy, paradoksy interpretacji, problemy: być albo nie być, być albo mieć, czekać na wydarzenia, czy samemu je tworzyć. W połączeniu z lekcjami historii i lekcjami wychowawczymi, zdobywając nową wiedzę popadałem w nowy zamęt. Zamęt ten jakoś próbowałem porządkować. Szukałem generalnych, idealistycznych rozwiązań. A Profesor mówił: "Nie ma jednoznacznych rozwiązań, każdy musi znaleźć swoje własne. Własne rozwiązanie to własna droga życiowa. Budowanie charakteru i zdobywanie wiedzy, która może stanowić zaczątek mądrości jest procesem, które trwa całe życie. Każdy może polemizować ze słowami, ale czyny mówią same za siebie".
       Wtedy tego nie zrozumiałem, nie akceptowałem, nie była to moja mądrość, nie wynikała z doświadczeń mojego życia. Dzisiaj jestem skłonny przyznać mu rację. Kontynuując podobny sposób pracy i inspirując nas pytaniami i problemami, do matury, zdanej, przygotowywał nas Pan Profesor Marian ŻYROMSKI i Pani Profesor Krystyna OPARA.

        Mniej intensywne intelektualnie i stresowe zajęcia rozpoczynały się po południu. Najlepszymi były prelekcje artystów z Filharmonii Śląskiej i Opery Bytomskiej. Wtedy holl zamieniał się w widownię, a jedna z sal, dzięki rozsuwanym ścianą w scenę. Przy dźwiękach "Cwałowania Walkirii" i "Lekkiej kawalerii" nakładającej się na szum spadającej wody, płynącej jałowo pod szkołą, nie napędzającej poprzez koło wodne urządzeń warsztatów, przenosiliśmy się w świat muzyki klasycznej. W takiej scenografii odbywały się również dyskusje na ciekawe tematy i spotkania z ciekawymi ludźmi. Jednym z tych tematów, było lądowanie człowieka na księżycu. Dzięki Panu Dyrektorowi A. WASZKOWI i naszemu samorządowi szkolnemu, udało się zaprosić do szkoły przedstawicieli Ambasady Amerykańskiej w Polsce. Pokazali ekscytujące filmy, niemożliwe nigdzie indziej do oglądania, na temat NASA, programu kosmicznego Apollo, a szczególnie z wyprawy i lądowania człowieka na Księżycu. Oczywiście, cała szkoła zbierała się na holu, klasy stawały się mniej jednorodne. Była okazja by "porozmawiać z rodzynkami" Technikum Mechanicznego - dziewczynami. Okres nauki był tym fascynującym okresem, w którym prawie wszystko zdarzało się po raz pierwszy. Pierwszy poważny egzamin, pierwsze samodzielne projekty, pierwsza zakazana kawa w kawiarni, do której uczniowi, - czyli mnie nie wolno było wchodzić - sprawdzali to rodzice chodząc dwójkami po kawiarniach Ustronia.

       Oczywiście pierwsza wielka, będąca w stanie poruszyć Ziemię miłość - niezapomniana Henia BARDZIK. Pierwsza pocztówka dźwiękowa, odtwarzana na "bambinie" z nagraną własnym głosem dedykacją "Kochanej Heni", na której Jacek Lech śpiewał "Bądź dziewczyną z moich marzeń, z moich snów", a Skaldowie "Cała jesteś w skowronkach". Wydawało się, że będzie trwać stale i niezmiennie. Więc, jak napisał ktoś, "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą i to najczęściej ci, którym tak wiele zostało do zrobienia, tak wiele do przeżycia. Ci, których tak wiele kochało. I nigdy nie udaje się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak szybko?"

       Życie szkolne toczyło się również po szkole i poza szkołą. Kończąc zajęcia najczęściej około 15, do domu wracałem o 18. Do domu wracałem później, gdy do szkoły jeździłem przez cały tydzień na rowerze, czeskim Sporcie bez błotników, w okresie jesiennych zawirowań pogody. Gdzieś zgubiłem bilet miesięczny na autobus, a nie chciałem kupować biletów PKS z własnych stypendialnych pieniędzy. Była to dobra szkoła charakteru. Potem zostałem uratowany. Zguba znalazła się. Jak wspaniale było jeździć pełnymi, kopcącymi Jelczami z przyczepą.
       Największą, pozaszkolną przygodą przez nas samych organizowaną, ze szczególnym udziałem Staszka Tobiczyka, był wyjazd do Chorzowa na mecz piłki nożnej: Górnik Zabrze - AS Roma". Zbiórka w Szkole, jazda sławnym już Jelczem z rozkładanymi na środku fotelami, deszcz, zimno, oczekiwania na stadionie, okrzyki i śpiewy. Pamiętny mecz, 100 tyś kibiców, nasi strzelają gola. Pijemy za ich zdrowie i nasze życie - ja ledwie żyję z zimna. Gdyby nie "przygotowani" kibice - sąsiedzi, chyba bym zamarzł. Po meczu na stadionie tysiące butelek. Nikt nimi nie rzucił. Wręcz nie chce się wierzyć. Powrót do autokaru. Jedna z bram wyjściowych zamknięta. Przy bramie narasta ścisk. Jacyś ludzie leżeli na ziemi. Milicja i straż pożarna starała się opanować powstające zamieszanie. By nie dać się tłumowi, szliśmy naprzód. Dopiero w autobusie uzmysłowiłem sobie powagę sytuacji. Jeden z kolegów miał na plecach odciski butów. Wszystko zakończyło się szczęśliwie, nie licząc potężnego przeziębienia i chrypy. Ale to był mecz - nigdy więcej już takiego nie przeżyłem.
       Trwały ślad w pamięci pozostawiły również wyjazdy wakacyjne na mazury, do Bodzianowskiego, których głównym organizatorem, a równocześnie naszym opiekunem był Pan Profesor Józef PUSTÓWKA. Były to szkoły samo organizacji i prawie przetrwania: zaplanowania i zbudowania obozu, planowania wydatków, by do końca wystarczyło, (bilety powrotne kupowaliśmy przy wyjeździe), pełnienia dyżurów przy ognisku itp. Ciekawym doświadczeniem były dyżury przy kuchni. Przygotowanie pierwszego śniadania w warunkach polowych dla dwudziestu chłopów, wyjazd, a raczej wypłynięcie kajakiem do Mikołajek na zakupy: ziemniaki, kefir, bułki, konserwy, - ale nie mięsne, dżemy i margarynę. Przetransportowanie ich jeziorem do miejsca naszego biwakowania i zrobienie z tego coś do jedzenia było wielką sprawą. Największym urozmaiceniem posiłków były połowy, w tym zbiorowe łapanie raków, a następnie ich mozolne zjadanie, w trakcie którego toczyły się dyskusje prawie do białego rana. Mniej spontaniczny był pobyt w Hornej Beczwie. Czesi mieli wszystko za bardzo zorganizowane i dopracowane. Takich knedliczków, jakie nam podawali, nie zrobilibyśmy sami na mazurach. Nie znaczy to jednak, że w Czechach było lepiej niż na mazurach.
       Pan dyrektor, Roman TOMICA, prosząc o wspomnienie z lat szkolnych, postawił pytanie: do których wydarzeń najczęściej wracam i dlaczego, oraz w jaki sposób wiedza i umiejętności zdobyte w szkole są potrzebne i wykorzystywane w życiu i pracy zawodowej. Otóż, nie da się na tak sformułowane pytania jednoznacznie odpowiedzieć. Dla mnie, z perspektywy przeżytych lat, pobyt w szkole, a raczej obcowanie z profesorami i kolegami stanowi pewien integralny element rozwoju. Mam pełną świadomość, iż bez tej szkoły nie przeżyłbym tego, co przeżyłem, a więc nie byłbym tym, kim jestem. Nie umiałbym tego, co umiem. Nie zajmowałbym się dalej hutnictwem, jak się teraz zajmuję, mimo iż po starej kuźni z dzieciństwa, nie ma w Ochabach śladu. Idąc własną drogą życiową, co chwilę podejmujemy decyzję. Każda z nich ma znaczący wpływ na dalszy nasz los. Nie próbowałem wyobrazić sobie, kim bym był, gdyby nie moja szkoła Technikum Mechaniczne w Ustroniu. Podejmując studia na Wydziale Mechanicznym Technologicznym Politechniki Śląskiej w Gliwicach, a następnie pracując w różnych miejscach i robiąc różne rzeczy, wykorzystywałem to, czego się nauczyłem, ucząc się dalej. Pracując w Zakładzie Przeróbki Plastycznej Metali oraz w Instytucie Metalurgii Żelaza, prowadziłem badania nad aktywnym wykorzystaniem tarcia w procesie łączącym walcowanie z wyciskaniem, napisałem i obroniłem pracę doktorską w Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie. Zdobytą wiedzę praktycznie stosuję współpracując z zakładami hutniczymi i maszynowymi, współuczestnicząc w procesach transformacji i restrukturyzacji, w tym, Huty Katowice S.A. Wszędzie, w każdym miejscu próbuję praktycznie realizować to, co tak efektownie nazywa się transferem technologii. Pewny jestem, iż wiele z tego, co we mnie dobre, jeżeli jest, jest wynikiem uczęszczania do wspominanej szkoły i obcowania ze wspaniałą kadrą pedagogiczną i wspaniałymi, jedynymi koleżankami i kolegami.
       Ważne cele realizowane przez Szkołę i wyjątkowe charaktery skupiające się w jej murach stanowiły, i będą stanowić dla następców i kontynuatorów najwspanialsze połączenie.
       Z całego serca za to dziękuję. Całym sercem życzę, by tak trzymać dalej.

Gliwice, marzec 2000.











       Ps. W załączeniu przesyłam w formie plików zdjęcia, z prośbą o ich zamieszczenie w opracowaniu. Nic tak nie integruje i odświeża pamięci, jak zdjęcia z "tamtych lat". Tylko tyle udało mi się zachować. Jeżeli można, to proszę poprzez opublikowanie ich, ocalić je od zapomnienia. Nie licząc moich wizerunków z lat Technikum i obecnego, na pozostałych zdjęciach zatrzymano w czasie:
  1. Klasę IV B na wycieczce w bieszczady (na zdjęciu chyba Łańcut),
  2. Uczestników obozu w Hornej Beczwie,
  3. Spreparowaną paszczę szczupaka z mazurskiego jeziora,
  4. Urodzinowe spotkanie uczennic klasy III a z uczniami klasy V b u Ireny,
  5. Zabawa szkolna organizowana wspólnie z uczennicami Technikum Gastronomicznego w Wiśle.
       Równocześnie uprzejmie proszę o uzupełnienie imionami Nazwisk Profesorów, co do których nie byłem pewny, czy je dobrze pamiętam.


Designed by Smok Design. Wszelkie prawa zastrzeżone (c) Ochaby.pl 2004
Publikowanie materiałów tylko za zgodą autorów.